Geniusz miłosierdzia

Czerwiec 19, 2017|

Kościół Katolicki w piątek 17-go czerwca obchodził wspomnienie liturgiczne Adama Chmielowskiego – brata Alberta. Obecny rok 2017 jest w naszym kraju poświęcony upamiętnieniu i popularyzacji tej niezwykłej postaci. Jest ona mi bliska z wielu powodów.

W czasie, gdy codzienność skłania wielu do kwestionowania jakichkolwiek autorytetów, poszukujemy inspiracji w postaciach historycznych. Niewątpliwie brat Albert jest jedną z najbardziej świetlanych sylwetek w historii sztuki, dziejach polskiego patriotyzmu, aktywności społecznej oraz duchowości. Jego życie jest zaprzeczeniem rutyny i przeciętności. Stanowi jedno wielkie poszukiwanie własnej misji i miejsca w świecie. Poszukiwanie zakończone sukcesem, mierzonym w duchowych, i humanistycznych kategoriach. Świadczą o tym fakty z życiorysu, które pozwolę sobie przypomnieć.

W wieku 17 lat w 1863 roku przystąpił do powstania styczniowego. Dwukrotnie znajdował się w niewoli, odniósł ciężką ranę w wyniku której stracił nogę. Wraz z rozpoczęciem studiów w Paryżu, przebywając w innych emigracyjnych ośrodkach, uaktywnił i rozwinął swoje talenty malarskie. Mimo dobrze zapowiadającej się kariery artystycznej, nie miał przekonania, że jest na właściwej drodze. Popadał w depresję, leczył się w szpitalu dla umysłowo chorych. Wstępował najpierw do Jezuitów a potem do franciszkańskich tercjarzy jednak żadne ze zgromadzeń nie było w stanie do końca zaakceptować jego misji. Problemem było jego szczególnie silne zaangażowanie w pomoc ubogim, alkoholikom, włóczęgom, bezdomnym i prostytutkom. Tworzył dla nich specjalne ośrodki – przytuliska, w których mieszkał wraz ze swoimi podopiecznymi i dołączającymi stopniowo naśladowcami. Jego misja cieszyła się rosnącym szacunkiem i jest kontynuowana do dnia dzisiejszego.

Jest to postać, która za życia nie pozwalała pozostać wobec niej obojętnym. We wszystkim w co się angażował obecny był „całym sobą”. Potrafił całkowicie zrezygnować z osobistej pomyślności na rzecz misji, która pochłaniała jego umysł i wyobraźnię. Działanie na rzecz osób najbardziej potrzebujących pomocy było dlań pasją i nagrodą samą w sobie. Nie poszukiwał splendoru dla własnej osoby, nie domagał się oklasków ani apanaży finansowych. Był swoistym geniuszem miłosierdzia, człowiekiem, który odnalazł swój żywioł i całkowicie zrealizował własny potencjał, co wyraził w dewizie: „być dobrym jak chleb”.

Po jego śmierci aż do dnia dzisiejszego na różny sposób starano się docenić pracę, którą wykonał brat Albert i inspirację jaką stanowiło jego życie. Prezydent Ignacy Mościcki przyznał mu Wielką Wstęgę Orderu Odrodzenia Polski, Karol Wojtyła poświęcił mu swój dramat „Brat naszego Boga”, Kościół Katolicki uczynił go świętym. Również Senat Rzeczypospolitej Polskiej obecnej kadencji, powziął uchwałę w której czytamy:

Brat Albert Chmielowski dosłownie pojmował wezwanie Chrystusa, by być miłosiernym wobec drugiego człowieka i, porzuciwszy wszystko, pójść za Chrystusem. Dzielenie losu z wydziedziczonymi, pozbawionymi dachu nad głową i nędzarzami, a nie jałmużnę uznawał za prawdziwą pomoc. (…) Jego życie może być wzorem człowieczeństwa, w którym najważniejsze jest „więcej być, niż mieć”.

Oczywiście nie każdy w sposób dosłowny predysponowany jest do „całożyciowego wolontariatu” jak św. brat Albert. Sądzę jednak, że w zasadzie na każdym stanowisku pracy, która w jakiś sposób jest użyteczna oraz w każdym życiowym powołaniu – również rodzinnym – można starać się realizować wezwanie, by „być dobrym jak chleb”.

Share this Post: